35 lat od odkrycia pierwszej „Marsjańskiej twarzy” z regionu Cydonii pojawia się kolejna anomalia. Tym razem jest to formacja przypominająca do złudzenia ludzkie oblicze widziane z profilu. Czy możemy uznać, że coraz częstsze przypadki odkryć marsjańskich anomalii wskazują na skrywaną przez Czerwoną Planetę zagadkę? A może mówi nam to więcej o… nas samych?
____________________
Space.com
35 lat od odkrycia słynnej „Marsjańskiej twarzy”, dzięki aplikacji Google Mars udało się odkryć na powierzchni Czerwonej Planety przedziwną strukturę przypominająca do złudzenia kolejne ludzkie oblicze. Jej znalazcą jest Włoch, niejaki Matteo Ianneo, który twierdzi, że w ostatnich tygodniach zlokalizował na Marsie także… roślinność, wejścia do podziemnych tuneli a nawet ruiny marsjańskich miast. Formacja zyskała nawet już swoją nieoficjalną nazwę „twarzy Gandhiego”.
Najnowsze odkrycie (33°12’29.82″N, 12°55’51.21″W) przypomina słynną twarz sfotografowaną przez próbnik Viking 1 w 1976 r., która na zdjęciach o małej rozdzielczości przypominała ludzką twarz. W ciągu kilku dni od jej odkrycia, amatorzy astronomii zaczęli snuć spekulacje na temat znalezienia pozostałości śladów staromarsjańskiej cywilizacji. Dopiero wiele lat później, dzięki znacznie lepszej jakości zdjęciom wykonanym m.in. w 2010 r. przez HiRISE – aparat z pokładu Mars Reconnaissance Orbiter, okazało się, że jest to zwyczajne wzgórze. Jak się okazuje, mechanizm powodujący mylne wrażenia działa cały czas.
|
Jonathan Hill ze specjalnej marsjańskiej jednostki badawczej przy Arizona State University, która posiada kolekcję obrazów Czerwonej Planety postanowił sprawdzić, jak wygląda nowe odkrycie w nieco lepszej rozdzielczości. Zdjęcie z Mars Reconnaissance Orbiter pozbawia widza wszelkich złudzeń. To kolejna zwyczajna skała.
– W rzeczywistości jest to coś w rodzaju zapadliska, nie wzgórza, jak może sugerować obraz z Google Mars – powiedział Hill.
Twarze, twarze
Pareidolia to naukowy termin określający sytuacje, w której twarze i inne znajome człowiekowi obiekty widziane są w przypadkowych układach rzeczy lub krajobrazu. „Pareidolia twarzowa” występuje w opinii naukowców jako produkt uboczny ludzkiej nadwrażliwości na dopatrywanie się szczegółów charakteryzujących ludzką twarz.
– Jesteśmy tak wyczuleni na widok ludzkich twarzy, że widzimy je w miejscach, gdzie ich nie ma – mówi Takeo Watanabe z Laboratorium nauk wizualnych przy Boston University
|
Całkiem niedawno kolejny z „fotelowych astronautów” odkrył dzięki Google Mars inną anomalię. Na filmie, który zyskał dużą popularność w Internecie mówi on o tajemniczej strukturze na powierzchni Czerwonej Planety, która może być potencjalną bazą obcych. Odkrywca nazywa ją nawet „Bio-stacją Alfa”.
Ten zagadkowy twór rzeczywiście przypominający kształtem budynek okazał się być skutkiem oddziaływania promieni kosmicznych na urządzenie fotografujące. Błąd w zdjęciu powstał, kiedy naładowana cząsteczka uderzyła w aparat, skutkując pojawieniem się skazy, którą część internautów uznała za domniemaną bazę. Nie da się ukryć, że dzięki aplikacji, jaką jest Google Mars, podobne odkrycia będą coraz częstsze.
infra.org.pl
Może niepotrzebnie ogłosił, że poda koordynaty wszystkich 130-kilku podziemnych baz znajdujących się na terenie Stanów Zjednoczonych? Ale i tak już wcześniej próbowano go uciszyć 13 razy, więc trudno powiedzieć, czy to by wiele zmieniło, gdyby zrezygnował z tego „ostrożnego planu”…
Zżymał się, że politykę w Organizacji Narodów Zjednoczonych w rzeczywistości, w jej tajnej drugiej siedzibie (gdzieś pod wodą) dyktują „wysocy Szarzy” – ang. „tall Greys”, chodzi o istoty dosłownie wysokie w sensie fizycznym (niektórzy „mali Szarzy” są rzekomo przyjaźni Ziemianom, a jeszcze inni „mali” to bioroboty „wysokich” – według relacji uprowadzanych można je popychać niczym manekiny, a one nie reagują). „Wysocy Szarzy” doradzają globalistycznym decydentom zmniejszenie populacji o trzy czwarte, a głęboko pod powierzchnią ziemi eksperymentują na ludziach, również na dzieciach – to tam znika milion Amerykanów rocznie, według niejawnych statystyk FBI i CIA (w USA nie ma krajowej bazy danych zaginionych ludzi, są tylko dla zaginionych spinaczy albo np. parasoli). Phil Schneider przez 17 lat pracował w tajnych projektach (ang. „black budget projects”), był inżynierem – geologiem, współwynalazcą obecnie półjawnej (stosowanej w przemyśle) superszybkiej metody drążenia tuneli przy użyciu kombinacji maser-laser; a przede wszystkim był specjalistą od materiałów wybuchowych – zajmował się wysadzaniem skał, całych segmentów na podziemne piętra, co przeprowadza się w sekwencji: detonacje -> cztery dziury -> detonacje -> cały pierścień w poziomie gotowy. Pracował przy budowie 13 podziemnych baz, które oficjalnie po dziś dzień nie istnieją – choć filmy o nich emitowane są już czasem w osiedlowych kablówkach. W 1979 r. w okolicach miejscowości Dulce w stanie Nowy Meksyk stracił trzy palce u dłoni postrzelony pod ziemią przez Szarego, po czym przez ponad 400 dni przebywał w izolatce dla napromieniowanych – promień otworzył go „jak puszkę od konserwy”, m.in. spalił płuco i odspawał paznokcie u rąk i nóg; wcześniej na dwóch innych Szarych zdążył wówczas zużyć magazynek pistoletu Walter PPK, który na wszelki wypadek zawsze zabierał ze sobą, gdy spuszczano go w koszu na sam dół nowo powstającego tunelu, aby obejrzał skały po eksplozjach.
Według jego relacji organizmy Szarych wykazują morfologię podobną do roślinnych, w związku z czym osobnika tej rasy trudno zabić jednym strzałem – potrafią biegać z dziurami w korpusie. Gdy na roboczym spotkaniu w drugiej siedzibie ONZ Phil Schneider doznał naocznego olśnienia, że zamiast pomagać światu, tak naprawdę cały czas pracuje dla Szarych – w rozbitych spodkach których nierzadko znajdowano ludzkie kończyny – postanowił odejść z pracy, mimo że już tylko parę lat zostawało mu do emerytury w wysokości miliona dolarów rocznie (w podziemnych bazach płace są czterokrotnie wyższe niż „na powierzchni”, z tym że jeśli się rezygnuje, trafia się do więzienia). Początkowo nie pozwolono mu się zwolnić i wyjechać, ale wkrótce potem nie wrócił do bazy z pogrzebu swojego ojca, Oscara Schneidera, który był niemieckim inżynierem, geniuszem (w wieku 14 lat uzyskał tytuł określany przez syna w j.ang. jako „master machinist” i opisywany słowami „z kawałka metalu potrafił wykonać broń albo np. zegarek” – prawdopodobnie chodzi o „mistrza budowy maszyn” lub „magistra maszynoznawstwa”, ew. coś w tym stylu), konstruktorem łodzi podwodnych i kapitanem U-boota z ponad setką zatopień, a po dostaniu się do francuskiej niewoli w 1941 r. jeszcze w czasie wojny przeszedł na stronę aliantów i w Niemczech wyznaczono nagrodę miliona dolarów dla tego, kto go zabije; po wojnie Oscar Schneider jeszcze przez wiele lat pracował dla Amerykanów, nie tylko w Pentagonie, zajmując się m.in. marynarzami ocalałymi z „eksperymentu Filadelfia”; to właśnie on też zachęcił później syna do poszukania pracy w „tych tajnych projektach, są bardzo ciekawe”.
Phil Schneider potwierdzał zawarcie przez administrację Eisenhowera w 1954 r. paktu z Szarymi znanego jako „Greada Treaty”; według niego rząd USA wie o obcych od roku 1909, kiedy w jaskiniach stanu Nowy Meksyk natknęła się na nich kawaleria ścigająca bandytów – żołnierze uciekli stamtąd galopem, a istoty opisywali później jako „szare demony”; władze Wielkiej Brytanii i Francji rozpoczęły badania nad zjawiskiem ufo w latach dwudziestych XX wieku. Obecnie w ramach sił zbrojnych USA funkcjonują lotne oddziały, które natychmiast zabezpieczają wraki zestrzelonych latających talerzy lub ewentualnie zakopują je na miejscu, gdy mają np. 80 metrów średnicy – bo i takie się zdarzają; Rosjanie wyrzucają uziemione spodki na zagubioną wśród gór pustynię w pobliżu granicy z Mongolią, gdzie na powierzchni kilku boisk futbolowych leżą jeden na drugim. Obecnie aby móc bezpiecznie zbliżyć się do Ziemi na odległość mniejszą niż 250 mil, spodek musi mieć pozwolenie – inaczej zostanie ostrzelany „promieniami cząsteczek” (ang.”particle beam weapon”) – utrzymywaną w tajemnicy bronią oparta na osiągnięciach Nikoli Tesli.
Według informacji Phila Schneidera, choć zastrzegał że nie zna szczegółów zawartych w notatkach z kontaktów, znajomość [URL="http://www.ukrytesprawy.org/przekaz.html"]Billy’ego Meiera[/URL] z Plejaranami to sprawa autentyczna, podobnie jak ich konflikt z Szarymi oraz fakt, że nas opuścili. Plejaranie/Plejadianie mają po sześć palców, dwa serca i jedno przerośnięte płuco, poza tym są nieco wyżsi i bardziej muskularni od nas, ale generalnie niewiele się różnią, mają trochę dłuższe uszy, położone nieco niżej i bardziej z przodu, a w sumie najbardziej różnią się tym, że silnie emanuje z nich pozytywna energia, jakaś dobra wibracja, którą się wyraźnie czuje. Wedle wiedzy Phila Schneidera obecnie lata nam nad głowami 11 ras gości z innych planet, przy czym cztery z nich są nam przyjazne, a pozostałe 7 to gorzej niż dranie. Jako inżynier geolog z wykształcenia utrzymywał ponadto, że żadna funkcjonująca współcześnie teoria nie tłumaczy w zadowalająco przekonujący sposób procesów wulkanicznych ani w ogóle istnienia wulkanów.
Choć posiadał paszport, Departament Stanu USA nie pozwalał mu wyjechać do Japonii – gdzie jednak udało mu się dotrzeć okrężną drogą przez Kanadę, a tam na spotkaniu z szefami japońskich korporacji, m.in. Mitsubishi, szczegółowo omówił brak tzw. fali pulsowej (ang.’pulse wave’) podczas trzęsienia ziemi w Kobe w 1995 r. – w którego epicentrum znajdował się doszczętnie zniszczony budynek, gdzie prowadzono badania, dzięki którym Japończycy wyprzedzali wówczas Amerykanów w dziedzinie prac nad sztuczną inteligencją (70% japońskich naukowców z tej gałęzi wiedzy mieszkało wtedy w Kobe; naturalne trzęsienia ziemi zawsze poprzedza fala pulsowa i właśnie to zjawisko jest wykorzystywane w systemach wczesnego ostrzegania przed trzęsieniami; na filmie o tamtej katastrofie pokazywanym w naszych kablówkach przez jeden z popularnych kanałów „dokumentalnych” amerykański „ekspert” wypowiadał się z przykrą do oglądania i opisywania miną ostatniego drania: „po trzęsieniu ziemi w Kobe Japończycy zrozumieli, że ich kosztowny system wczesnego ostrzegania się nie sprawdził”).
Według wiedzy Phila Schneidera AIDS zostało wynalezione w roku 1972 w laboratorium w Chicago. Dzięki niezwykłym kolegom taty z pracy już jako nastolatek przypadkiem został posiadaczem fragmentu materiału pochodzącego z katastrofy pod Roswell – pod koniec życia woził już to wszystko ze sobą w walizce, żeby nie zginęło z domu, ale po jego śmierci i tak wyparowało z mieszkania, podobnie jak kolekcja zdjęć; nic więcej nie zginęło. Według jego szacunków budżet tajnych wojskowych projektów w USA wynosił wtedy ok. 1.3 – 1.5 biliona dolarów na każde dwa lata, a dużą jego część finansowały wpływy z handlu narkotykami (takich operacji nie można finansować z jawnego budżetu aprobowanego przez Kongres, bo wtedy nie dałoby się utrzymywać tych przedsięwzięć w tajemnicy). Pokazywał fragment jakiejś maszyny, wykopany na Ziemi i datowany na 220 milionów lat – komentując to słowami: „może jednak Daniken miał rację…”. Eksplozje bomb jądrowych i termojądrowych na atolu Bikini odbyły się według jego wiedzy w związku z odkryciem tam największej na świecie podwodnej bazy Szarych – na zdjęciach zarejestrowano nawet uciekający spodek; oficjalnie twierdzi się, że ten atol wybrano ze względu na odosobnienie, ale inne wyspy w tamtej okolicy były jeszcze bardziej oddalone i niezamieszkane, podczas gdy akurat stamtąd trzeba było wysiedlić tubylczą społeczność.
Jego przyjacielem był [URL="http://www.youtube.com/watch?v=esp0tocfwsc&p=0fcadfdec5f8798f"]Al Bielek[/URL] , naukowiec z tzw. „eksperymentu Filadelfia” i „Project Montauk” (właściwie Alfred Białek, wł. Edward Cameron – to on zapowiada go w ostatniej zarejestrowanej prelekcji) – który jeździł pod terytorium USA podziemnymi pociągami łączącymi wszystkie podziemne bazy, osiągającymi prędkość niemal 2 Machów. Inny znajomy mówił mu, że dostali w firmie zamówienie od rządu Stanów Zjednoczonych na 100 000 wagonów do podziemnych pociągów, po 30 par kajdanek w każdym, napis na wagonach: „Transport więźniów ONZ”. Phil Schneider zwracał uwagę na przygotowywanie przez amerykańskie władze pod ziemią sporej liczby miejsc dla internowanych, a także na charakterystykę zniszczeń budynku Rządu Federalnego w Oklahoma City po zamachu w 1995 r. – według niego tylko armia USA posiada takie materiały wybuchowe, które powodują wyparowanie kolumn wspornych i ścian nośnych, co więcej znajdują się one tylko w jednej bazie wojskowej – a na tym właśnie się znał, był jednym z czołowych ekspertów na świecie w dziedzinie materiałów wybuchowych, za co otrzymywał bajeczne wynagrodzenie i do samego końca propozycje powrotu do pracy. To samo miał do powiedzenia o zamachu na WTC w 1993 r. i zniszczeniach kolumn na podziemnym parkingu.
Niejawna technologia wojskowa według jego informacji wyprzedza publiczny stan wiedzy o 1200 lat i co roku oddala się o kolejne czterdzieści kilka – co umożliwił transfer technologii od obcych, trwający od połowy XX wieku; choć już w latach 30-tych ukrywano pewne wynalazki, m.in. Tesli (który zresztą miał w zwyczaju oświadczać na zwoływanych specjalnie w tym celu konferencjach prasowych, że pomysły czerpie z …telepatycznego kontaktu z kosmitami).
Według źródeł Phila Schneidera Szarzy dodają sobie do jedzenia substancje z określonych enzymów pozyskiwanych z ludzkiej krwi – w ostateczności może być krew zwierzęca; kombinują też coś z jakimiś „żniwami dusz” (ang. ‘harvesting souls’ – nad tym jednak się nie rozwodził). Otwarcie mówił na swoich prelekcjach, że umiera na raka – może dlatego nie wzdragał się przed ujawnianiem różnorakich faktów – choć wszystkiego też chyba nie mówił, nietrudno odnieść takie wrażenie. Dwa miesiące po ostatnim sfilmowanym wykładzie poruszał się już tylko na wózku inwalidzkim – ale nawet kelnerce z baru w pobliżu miejsca zamieszkania mówił, żeby nigdy nie wierzyła, jeśli kiedyś usłyszy, że popełnił samobójstwo. Rzekomo odebrał sobie życie ok. 11 stycznia 1996 r., wiążąc sobie linkę wokół szyi i ciągnąc od tyłu – problem w tym, że gdyby rzeczywiście tak było, to na długo przed wyzionięciem ducha najpierw by zemdlał, a wówczas przestał ciągnąć i oddech powróciłby samoczynnie; poza tym według jego przyjaciół trochę jednak brakowało mu palców u dłoni na takie kombinacje, żeby sobie coś wiązać z tyłu karku. Na swoich odczytach zawsze wspominał, że kilkunastu jego przyjaciół zamordowano, w ośmiu przypadkach pozorując samobójstwa – z czego tylko w jednym wypadku udało się skłonić władze do zmiany wersji. Podobno w ostatnich dniach przed śmiercią widywano przy nim jakąś wysoką blondynkę.
Nie ukrywał, że łamie zobowiązanie do zachowania poufnych informacji w tajemnicy, w związku z czym ryzykuje swoim życiem. Gdy w samoobronie zastrzelił agenta FBI, który go wcześniej postrzelił (pokazywał opatrunek na ranie na jednym z wykładów, który odbył się 16 dni po tym incydencie), udał się w tej sprawie do biura FBI, gdzie usłyszał: „cóż, panie Schneider, takie rzeczy się zdarzają”. Po powrocie z Japonii wysłannicy dawnych pracodawców zgłosili się do niego z propozycją, że choć wyrządził szkody nie do oszacowania, jeżeli tylko wróci do pracy – o wszystkim jakoś się zapomni; ale on był zdecydowany już nigdy więcej dla nich nie pracować i wolał kontynuować życie kaczki na strzelnicy, w którym np. zdarzało mu się naliczyć ponad 40 dziur po kulach w swoim samochodzie, po tym jak inny wóz usiłował go zepchnąć z drogi, gdy jechał do innego miasta wygłosić prelekcję.
Niewątpliwie był trochę takim amerykańskim izolacjonistą-prawicowcem, zżymał się np. okrutnie, jeszcze bardziej niż na tych Szarych, że Clinton podpisał przekazanie ONZ 162 samolotów „niewidzialnych dla radaru” wyprodukowanych za pieniądze amerykańskich podatników. Ledwo rok jeździł z tymi wykładami, jak go pochowali – na prelekcjach żartował, że skoro np. baza „Groom Lake” oficjalnie nie istnieje, to chyba niczym nie ryzykuje, mówiąc o niej… Dla wielu ludzi w Stanach i nie tylko jest bohaterem, nagrania jego wykładów są dziś znane na całym świecie.
Często można spotkać się z opinią, że na przykładzie historii Phila Schneidera – która tak naprawdę nabrała rozpędu dopiero po jego śmierci, gdy wszystko jakby zamknęło się w logiczną całość – kręgi, którym zależy na utrzymywaniu tego typu spraw w tajemnicy, przekonały się dotkliwie, że uśmiercając kogoś, robi mu się tylko fenomenalną reklamę, która powiększa jego famę rok za rokiem, tak że można już tylko stać i patrzeć z boku, jak kolejne miliony ludzi zaczynają kojarzyć, kto to był. Obecnie publicznie znane osoby zajmujące się tego kalibru tajemnicami przechodzą na tamten świat w tempie zaledwie jednej na kilka lat – może to też jakby symptom rzekomo zbliżającego się ujawnienia społeczeństwom, że Ziemia nie jest jedyną zamieszkaną planetą i władze wiedzą o tym już na 100% – kto wie, być może z myślą o przyszłości teraz już mało kto pali się do podpisywania wyroków śmierci „w imię bezpieczeństwa państwa”; zresztą to i tak nie było efektywne i ponoć już kilka dekad temu w kręgach rządowych stwierdzono, że w praktyce najlepiej funkcjonuje zasłona śmieszności.
ukrytesprawy.org
Kto powinien przygotować się na wielki finał jako pierwszy? (Fot. Thinkstock)
Jeśli wierzyć zapowiedziom członków działającej w Stanach Zjednoczonych organizacji religijnej, w sobotę będzie miał miejsce koniec świata. Wg ich wyliczeń, opartych na danych zawartych w Nowym Testamencie, 21 maja chrześcijanie zostaną zabrani do Nieba. Resztę ludzkości czeka zaś zagłada. Kto powinien przygotować się na wielki finał jako pierwszy? To mieszkańcy Kiribati.
Niewielkie państwo wyspiarskie Kiribati, położone jest na Oceanie Spokojnym. Głośno jest o nim pod koniec każdego roku. To właśnie jego mieszkańcy witają zawsze Nowy Rok jako pierwsi. Wszystko dzięki temu, że Kiribati jest najbardziej wysuniętym na wschód państwem świata. Znajduje się nieopodal międzynarodowej linii zmiany daty. Ale to, co dla ludności tej wyspy było dotąd przywilejem, który sławił ich kraj, teraz stać się może przekleństwem. Jeśli ufać prognozom, to właśnie oni jako pierwsi zostaną poddani osądowi. W czasie kiedy część świata będzie dopiero witać piątek (np. Hawaje), na Kiribati trwać może już prawdziwe piekło.
[URL="http://i.wp.pl/a/f/jpeg/26854/kiarge.jpeg"][/URL]
Skąd te wszystkie obawy o losy mieszkańców wysepki Kiribati? Przypomnijmy. Od kilku miesięcy trwa wzmożona aktywność działającej w Stanach Zjednoczonych grupy duszpasterstwa „Family Radio”. Zdaniem jej członków, koniec świata nastąpi 21 maja 2011 r. Zakrojona na szeroką skalę kampania, która rozpoczęła się właśnie w Stanach Zjednoczonych, miała jeden cel – dotrzeć do jak największych rzesz ludzi i przekazać im „dobrą nowinę”.
Wierni zaangażowani w przedsięwzięcie nie mają wątpliwości, że koniec nastąpi właśnie teraz. „Wiem, że jest to absolutnie prawda, ponieważ to, co znaleźć można w Biblii zawsze jest prawdą” – powiedział 89-letni Harold Camping, który jest liderem stowarzyszenia głoszącego niepokojącą „prawdę”. „Gdybym nie wierzył w to wszystko, oznaczałoby to, że jestem hipokrytą”.
[URL="http://i.wp.pl/a/f/jpeg/26854/k_large.jpeg"][/URL]
W różnych rejonach Stanów Zjednoczonych zobaczyć można było w ostatnich miesiącach charakterystyczne autobusy z napisem: „Czy słyszałeś te niesamowite wiadomości? Koniec świata już prawie tu jest. Rozpocznie się 21 maja 2011 r. Biblia to gwarantuje”. Zgodnie z zapowiedziami członków grupy, wyznawcy Jezusa trafią natychmiast do Nieba. Pozostali będą przechodzić przez „piekło na Ziemi”. Ich męki trwać będą przez 153 dni, aż do 21 października.
Dlaczego Armageddon ma się rozpocząć właśnie w maju? Członkowie grupy duszpasterstwa „Family Radio” opierają się wyłącznie na słowach zawartych w Biblii. Istnieją dwa „dowody” na to, że koniec świata nastąpi 21 maja b.r. Według członków skupionych wokół „Family Radio”, wielki potop, który Bóg zesłał na Ziemię, miał miejsce w 4990 r. p.n.e. – ok. 7 tysięcy lat temu. Bóg miał powiedzieć wtedy Noemu, że ten ma siedem dni na przygotowanie się do wielkiej powodzi. Członkowie ruchu religijnego przywołują też inny fragment z Pisma Świętego. W 2. Liście św. Piotra pojawia się informacja, że dla Boga tysiąc lat jest, jak jeden dzień. Oznacza to, że powódź zwiastująca apokalipsę nastąpi właśnie w tym roku. Ponadto, zgodnie z algorytmem, na którym opierają się wierni z „Family Radio”, od dnia ukrzyżowania Chrystusa, które miało nastąpić 1 kwietnia 33 r. do dnia apokalipsy miało upłynąć 722 500 dni. „Oczekiwany” dzień, zgodnie z wyliczeniami, nastąpi właśnie 21 maja 2011 r.
Na amerykańskich ulicach działało w ostatnim czasie kilka konwojów. Każda z grup odwiedzała inne rejony kraju. Niektórzy uczestnicy posłannictwa sprzedali bądź porzucili cały swój majątek, by jeździć i głosić nowinę. Inni pozostawili rodziny.
Warto jednak dodać, że wspomniany lider grupy, Harold Camping, pomylił się już raz. W przeszłości zapowiadał koniec świata na 4 września 1994 r. Może zatem i tym razem nie będzie tak źle.
niewiarygodne.pl
W pokoju Audrey dochodziło do zjawisk nadprzyrodzonych. Na niektórych z wizerunków zaczęła pojawiać się krew, z innych ściekał olej, który zbierany był do specjalnych pojemniczków, a następnie rozdawany wiernym. Kiedy indziej krew pojawiała się także na hostii.
Audrey Santo zmarła w 2007 r. w aurze świętości. Pokój, w którym spędziła większość swego życia i w którym odeszła, wyglądał całkiem zwyczajnie, ale były to tylko pozory. Miejsce to stanowiło cel regularnych pielgrzymek rzesz ludzi, którzy, za pośrednictwem niepełnosprawnej dziewczynki, pragnęli uzyskać Boże błogosławieństwo lub uzdrowienie. W tej nieco makabrycznej scenerii cuda nie należały bowiem do rzeczy niespotykanych.
Oprócz oleju, który w dziwny sposób ściekał ze ścian i obrazów, krwawymi łzami płakały figury, podobnie zresztą jak hostie, a w powietrzu unosił się podobno „zapach świętości”. Sama cudowna dziewczynka, choć pozbawiona kontaktu ze światem, miała nosić na swoim ciele stygmaty. Wszystkie te niezwykłości skumulowały się na obszarze domu w amerykańskim Worcester, a swój początek miały w tragicznym wypadku i późniejszej wizycie w sanktuarium w Medjugorie.
Kilka wesołych lat
Audrey Santo przyszła na świat 19 grudnia 1983 roku, jako normalna dziewczynka. Jej sugestywne nazwisko, w kilku językach oznaczające osobę świętą, w nietypowy sposób zbiegło się z przedziwną historią, którą napisało jej życie. „Mała Audrey” uznana została bowiem przez wielu Amerykanów za żyjącą świętą i dowód boskiej ingerencji w świat żywych. W tej historii nie obyło się jednak bez cukierkowej i jarmarcznej duchowości. Wszystko zaczęło się od rodzinnej tragedii z sierpnia 1987 roku.
Pewnego dnia 4-letnia Audrey podczas zabawy z bratem wpadła do basenu przy domu swojej babki. Po przewiezieniu do szpitala okazało się, że zapadła w śpiączkę. Niedługo potem wybudziła się z niej, jednak nigdy już nie odzyskała sprawności ruchowej i intelektualnej, z racji poważnego uszkodzenia mózgu. Lekarze przestrzegli rodzinę, że Audrey do końca swoich dni będzie sztucznie utrzymywana przy życiu. Utraciła zupełnie zdolność komunikacji ze światem, wymagając całodobowej opieki.
Choć lekarze zalecali umieszczenie dziecka w placówce opiekuńczej, Audrey została zabrana do rodzinnego domu w Worcester, w stanie Massachusetts, który miał wkrótce stać się centrum pielgrzymek. Nim to się jednak stało, jej matka, Linda, słysząc o serii niezwykłych objawień mających miejsce w Medjugorie, postanowiła zabrać tam swoją córkę, z nadzieją na cudowne uzdrowienie. Tak się nie stało, choć według Lindy Santo doszło tam do czegoś jeszcze bardziej niezwykłego…
Cud w Medjugorie
Matka Audrey należała do grona osób mocno wierzących. Stało się to podstawą do późniejszych przypuszczeń, iż mogła w jakiś sposób „pomagać” w generowaniu cudów. W Medjugorie, które w tamtym czasie wielu osobom wydawało się być współczesną Fatimą, doszło do czegoś przełomowego w życiu Audrey, choć wkrótce, ze względu na pogorszenie stanu zdrowia, musiano ją ewakuować do Stanów Zjednoczonych.
Według Lindy Santo, jej córka doznała podczas wizyty w Jugosławii objawienia maryjnego i przyjęła na siebie rolę „duszy–ofiary”, a więc osoby, która zostaje przeznaczona przez Boga do znoszenia większych cierpień niż inni. Koncepcja ta nie jest zaakceptowana przez Kościół ani też do końca określona, choć według niektórych interpretacji, dusza-ofiara ma brać bezpośrednio na siebie ludzkie cierpienia.
Sama Audrey oczywiście nie mogła w żaden sposób tego potwierdzić. Mówiąc wprost, historia o cudownej wizji w Medjugorie to nic więcej, jak wymysł jej matki, choć to, co działo się potem w domu państwa Santo w Worcester przybrało już bardziej namacalny wymiar. Na tym niewielkim obszarze skupiły się bowiem wszelkie rodzaje cudów znanych chrześcijaństwu. O pierwszym z nich donosiły pielęgniarki odwiedzające Audrey, które wspominały o roznoszącym się „zapachu róż” – jednym z wielu rzekomych dowodów jej świętości.
Wielkie cuda małej Audrey
Przytłoczony sytuacją ojciec Audrey odszedł od rodziny, zostawiając żonę samą z dziećmi. Niebawem w pokoju Audrey, który zaczęły zapełniać figury i obrazy świętych, doszło do kolejnych manifestacji zjawisk o charakterze nadprzyrodzonym. Na niektórych z wizerunków zaczęła pojawiać się krew. Z innych ściekał olej, który zbierany był do specjalnych pojemniczków, a następnie rozdawany wiernym. Kiedy indziej krew pojawiała się także na hostii.
Te cudowne, jak i nieco makabryczne wydarzenia przyciągały uwagę wielu ludzi, mających nadzieję na wyleczenie mocą religii. Z czasem dom dostosowano nawet do celów pielgrzymkowych, instalując w nim wielkie lustro weneckie naprzeciw łóżka cudownej dziewczynki. Okazjonalnie świadkami innych cudów stawali się także pielgrzymi. Najgłośniejsza sprawa mówi o ukazaniu się twarzy Maryi w chmurach nad domem Audrey. W pokoju dziewczynki dochodziło także do manifestacji innych zjawisk paranormalnych. Według relacji, ustawione naczynia niekiedy samoczynnie wypełniały się wonnymi olejami, a święte figury zmieniały miejsce położenia, same z siebie.
Jeden ze słynniejszych przypadków uzdrowień za rzekomym wstawiennictwem Audrey związany był z historią młodego człowieka, rannego w wypadku motocyklowym. Jego matka, która wróciła z pielgrzymki do Worcester, gdzie modliła się o jego zdrowie, miała zastać go w drzwiach bez kul. Samej „świętej” przypisywano z kolei szereg innych cudów, dobrze znanych z innych podobnych historii. Po pierwsze, Audrey miała żywić się jedynie hostią, którą przyjmowała tylko raz dziennie. Co więcej, na podobieństwo innych mistyków, dziewczynka regularnie przeżywała podobno mękę Jezusa, a okazjonalnie na jej ciele pojawiały się nawet stygmaty.
Santo (nie) subito!
Święta dziewczynka z Worcester gromadziła tłumy wiernych, którzy rzekomo doświadczali na swej skórze dotyku niebios. Oczywiście nie obyło się bez słów krytyki, a sam Kościół przez wiele lat wstrzymywał się z jednoznacznym komentarzem w tej sprawie. Po pierwsze, niełatwo było wyzbyć się przekonania, że ogromny wpływ na to, co dzieje się wokół Audrey, mogła mieć rodzina, a szczególnie jej matka. Co więcej, cudowny dom, gdzie dochodziło do manifestacji boskiej obecności był jednym z niewielu katolickich domów na osiedlu zamieszkałym głównie przez żydów – to w szczególny sposób wzmacniało jego symboliczną pozycję wśród lokalnej społeczności.
Swe opinie na temat prawdziwości zjawisk nadprzyrodzonych koncentrujących się wokół Audrey wyrażało wielu różnej maści specjalistów. Jeden z nich, Bogusław Lipiński, twierdził, że analiza cieknącego ze ścian i obrazów oleju nie wykazała normalnego składu, typowego dla produktów dostępnych w handlu. Inna specjalistka o polsko brzmiącym nazwisku, Barbara Rybiński – przedstawicielka jednego z wielkich koncernów spożywczych – twierdziła, że „święty” olej rzeczywiście nie posiada pewnych cech charakterystycznych dla „zwykłego” oleju, ale może być po prostu mieszanką tłuszczów. To przypuszczenie potwierdziły kolejne analizy. Jedna z nich dowiodła, że święty płyn zebrany z domu Audrey Santo był w rzeczywistości mieszaniną kurzego tłuszczu i oleju sojowego.
U stóp Audrey kładziono także listy, w których piszący do niej ludzie prosili o uzdrowienie. Oczywiście w żaden sposób nie reagowała ona na odczytywaną treść. Dr Kaye, który przez pewien czas opiekował się dziewczynką, stwierdził, że nie ma dowodów na to, aby rozumiała ona chociaż w najmniejszym stopniu to, co dzieje się wokół niej. Jej mózg wykazywał bowiem niemal zerową aktywność. Stanowiło to poważny problem również dla Kościoła, bo ona sama nie mogła w żaden sposób potwierdzić swoich domniemanych wizji i mistycznych doświadczeń.
Kościół, który z wielką ostrożnością podchodzi do sprawy cudów przybierających namacalną formę, z krytyką odniósł się również do kwestii pielgrzymek do Audrey Santo, otaczania jej kultem za życia oraz do „cudownego oleju”, twierdząc, że nie można go w żaden sposób nazywać „świętym” ani wykorzystywać w celach religijnych.
Audrey zmarła w otoczeniu najbliższych, 14 lutego 2007 r. Przyczyną zgonu była niewydolność krążeniowo–oddechowa. Ze strony internetowej, na której widnieje zdjęcie Audrey stylizowanej na kościelną figurę, dowiadujemy się, że zyskała ona status „służebnicy Bożej” – jest to pierwszy krok na drodze do beatyfikacji. Wbrew życzeniom jej rodziny i wielu wyznawców w przypadku Audrey Santo nie spełnił się postulat „santo subito”. Niejednokrotnie podkreślano bowiem, że za wielkimi cudami „małej świętej” kryć się mógł równie spektakularny przekręt i skuteczny marketing…
strefatajemnic.onet.pl
Ewangelie niestety nam tego nie mówią, choć początkowo sądzono na podstawie fragmentu proroctwa Izajasza, że Jezus… nie grzeszył urodą. Z racji zakazu uwieczniania ludzi przeniesionego z judaizmu na wczesne chrześcijaństwo, wizerunków Chrystusa nie sporządzano wówczas w ogóle. Późniejsze przedstawienia ukazują go w postaci zbliżonej do Apolla lub klasycznego „pasterza”. Wizerunek brodatego długowłosego Semity pojawia się jeszcze później. Ale to i tak nie koniec problematycznych kwestii związanych z wyglądem Chrystusa, w które wkrada się kwestia Mandylionu z Edessy i chusty Weroniki…
____________________
Joe Nickell
Od początków chrześcijaństwa trwają kontrowersje wokół prawdziwego wyglądu Jezusa, będące przedsięwzięciem na miarę poszukiwania świętego Graala. Istnieją związane z tym legendy, a także cudowne wizerunki wygenerowane ponoć w cudowny sposób przez samego Chrystusa.
Wygląd Jezusa
|
W Ewangeliach nie zachowały się żadne wskazówki mówiące nam o tym, jak mógł wyglądać Jezus. Próżno także szukać ich w innych częściach Nowego Testamentu czy apokryfach. Już św. Augustyn żalił się w V w., że choć istnieje wiele wizerunków Chrystusa „nie znamy zewnętrznego wyglądu ani jego samego, ani jego matki”. Mimo, że na Całunie turyńskim przedstawia się go jako wysokiego brodatego mężczyznę o budzącej respekt aparycji, nie musiało wcale tak być w rzeczywistości. W starotestamentowym proroctwie dotyczącym przyjścia mesjasza, Izajasz mówi:
„On wyrósł przed nami jak młode drzewo i jakby korzeń z wyschniętej ziemi. Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic.” (Iz, 53:,1,2)
W wyniku tego zapisu, wielu wczesnych chrześcijańskich autorów uznało, że Chrystus był… brzydki. Inni twierdzili, że Izajasz odnosił się tu do wyglądu ukrzyżowanego Jezusa, zaś o nim miała mówić Księga Psalmów: „Tyś najpiękniejszy z synów ludzkich, wdzięk rozlał się na twoich wargach: przeto pobłogosławił tobie Bóg na wieki.” (Ps, 45:3).
Biorąc pod uwagę tak podzielone opinie oraz brak jakichkolwiek biblijnych opisów, nie powinno dziwić, jeśli w pierwszych wiekach chrześcijaństwa natrafimy na wizerunki Chrystusa, które różnią się w stopniu diametralny. Nie bez znaczenia pozostawał także żydowski zakaz sporządzania portretów trumiennych: „Nie będziesz czynił żadnej rzeźby ani żadnego obrazu tego, co jest na niebie wysoko, ani tego, co jest na ziemi nisko, ani tego, co jest w wodach pod ziemią!” – czytamy w Księdze Wyjścia (Wj, 20-45). Ponieważ zakaz ten rozciągał się na wczesne chrześcijaństwo, mógł po części odpowiadać za małą ilość wizerunków Chystusa.
Jeśli próbowano nawet tworzyć jego podobizny w okresie jego działalności, żadne z nich nie przetrwały. Najwcześniejszy wizerunek pochodzi z fresku z połowy III w. Jezus przedstawiony jest tam jako młody człowiek bez zarostu i z krótkimi włosami. Istnieje wiele innych podobnych przedstawień. David Sox tak pisze na ich temat: „Najwcześniejsze wizerunki Jezusa w sztuce chrześcijańskiej ukazywały go generalne w formie zbliżonej do Apolla lub młodego pasterza.” Ten typ przedstawień miał charakter idealizujący, niemalże „eteryczny”, odstający od wizerunków realistycznych, które dominowały w IV i V w. Były one wyrażeniem wiary i chrześcijańskiej skromności.
|
W III i IV w., obok wizerunków Jezusa – Apollina, zaczynają się także pojawiać jego bardziej semickie wyobrażenia, z długimi włosami i brodą, podkreślonymi oczyma i wydatnym nosem. Ostatecznie wizerunek ten zwyciężył i utrwalił się w sztuce bizantyjskiej, a następnie europejskiej.
Marcello Craveri pisze w książce pt. „The Life of Jesus” („Życie Jezusa”, 1967): „Aby wyjaśnić, dlaczego po wielu wiekach możliwe stało się stworzenie autentycznego obrazu Zbawiciela, pojawiły się historie o istniejącym od dawna wizerunku autorstwa nikogo innego, jak św. Łukasza. Pierwszy o istnieniu tej legendy wspomina Andrzej, metropolita Krety w 710 r. W oparciu o te spory wizerunki Jezusa rozmnożyły się to tego stopnia, że już kilka lat później cesarz Leon III Izauryjczyk wydał im ostrą wojnę, która doprowadziła do debat na temat wartości przedstawień Jezusa i niebezpieczeństwa popadnięcia przez nie w pogańskie bałwochwalstwo.”
Wizerunek z Edessy
|
Już na początku VI w. pojawiły się także pewne wizerunki Jezusa, które określano mianem acheiropoietos czyli „niewykonanych rękoma”. Istniało ich co najmniej kilka a legendy przypisywały im rzekome cudowne pochodzenie .
Wśród nich znajduje się wizerunek z Edessy, nazwany potem Mandylionem. Jego historia opisana została w pochodzącym z IV w. manuskrypcie pt. „Doktryna Addai”, który zawiera opowieść o chorym na trąd królu Edessy (dziś tureckiej Urfy), Abgarze, który wysłał przez posłańca o imieniu Ananiasz list do Jezusa. Opowieść o tym wydarzeniu weszła do oficjalnej historii Mandylionu spisanej wkrótce po tym, jak przewieziono go do Konstantynopola. W rzeczonym liście Abgar śle pozdrowienie „Jezusowi, Zbawcy, który ukazał się wielkim lekarzem z miasta Jeruzalem” i który jak niosła wieść „sprawiał, że ślepcy widzieli, a kalecy chodzili, leczył tych, których toczyły choroby i wskrzeszał umarłych.” Abgar wierzył, że Jezus jest rzeczywiście Synem Bożym, albo nawet samym Bogiem, stąd też poprosił go o pomoc w wyzdrowieniu. Słysząc także, że Jezusa mogą czekać problemy, przekazał mu następującą wiadomość: „Władam bardzo małym miastem, ale jest stateczne i wystarczy, abyśmy obydwaj żyli w nim w pokoju”.
|
Zgodnie z opowieścią, Abgar przekazał Ananiaszowi, że jeśli nie uda mu się przekonać Jezusa, aby osiedlił się w Edessie, powinien przywieźć ze sobą choćby jego wizerunek. Kiedy ten siedział na skale, rysując jego portret, Jezus wezwał go przewidując, jaką ma misję. Po przeczytaniu listu, odpowiedział własnym pismem: „Bądź błogosławiony Abgarze, którzy wierzysz we mnie, choć mnie nigdy nie widziałeś.” Jezus dodał następnie, że choć musi pełnić swą misję na ziemi, wyśle do niego jednego ze swym uczniów z zamiarem uleczenia. Po przekazaniu listu słudze, Jezus „obmył swą twarz w wodzie, wytarł ją w chustę i przekazał mu, a w jakiś niebiański i niewytłumaczalny sposób , jego odbicie na nim pozostało.”
W oficjalnej historii mandylionu pojawia się także wspomnienie o drugiej wersji powstania wizerunku, który miał stanowić odbicie krwawych łez Jezusa w czasie jego pobytu w Ogrodzie Getsemani. Opowiada ona o tym, jak Chrystus wręcza tkaninę Tomaszowi, który ma zatrzymać ją do jego śmierci, bowiem wtedy ukaże się na niej portret zbawiciela, który Tadeusz zabierze do króla Abgara. On sam, po dotknięciu świętą tkaniną miał zostać uleczony z trądu.
Znany historyk, Steven Runciman twierdzi, że obie te historie mają charakter apokryficzny dodając, że „łatwo wykazać, że historia Abgara i Jezusa jest nieprawdziwa, zaś rzeczone listy zawierając frazy skopiowane z ewangelii i osadzone w nich w ramach ówczesnych teologicznych dyktatów.”
Chusta Weroniki
|
W późniejszej wersji tej historii, tkanina ta nazywana jest chustą Weroniki, w odróżnieniu od wizerunku z Edessy, który nazywa się Mandylionem. Zgodnie z tą legendą, Weronika – kobieta z Jeruzalem, była tak poruszona widokiem Jezusa niosącego krzyż na Golgotę, iż otarła jego twarz chustą, na której odbił się jego cudowny wizerunek. W niektórych wersjach pojawia się też scena, kiedy przekazuje ona Jezusowi chustę, a ten ociera nią skroń, po czym pojawia się na niej jego odbicie.
Tradycja chusty Weroniki wywodzi się z opowieści o mandylionie i wiążę z pochodzącym z IV w. świadectwem bp Euzebiusza. Wspomina on o korespondencji Abgara z Jezusem i kobiecie, która zostaje wyleczona po dotknięciu szaty zbawiciela. O wyglądzie samego Mandylionu mówią dopiero późniejsze relacje. Powstałe w X wieku źródło wspomina o tym, że był on „bezbarwny”, choć gdzie indzie opisuje się go jako stworzony „z potu, nie barwników” lub „niemający ziemskich barw”.
Nie powinno dziwić, że pojawiło się bardzo dużo podrabianych tkanin z wizerunkami Jezusa. Jak mówi Thomas Humber: „Niebawem powstało ludowe zapotrzebowanie na ‘prawdziwe’ wizerunki Chrystusa, zatem niektórym artystom pozwolono (albo sami się o to pokusili) na stworzenie duplikatów.” Co więcej, „powstała kolejna tradycja związana z kopiami tych wizerunków, które ponoć w cudowny sposób ulegały rozmnożeniu”. Niebawem zaczęto nawet nazywać je „weraikonami”. Termin ten pochodził od wyrażenia „vera iconica” („prawdziwe wizerunki”). Od V w. pojawiły się dalsze zniekształcenia tej historii, zaś cudowne tkaniny były zwyczajnie malowane.
Dziś jeden z takich wizerunków przechowywany jest w kościele we wsi Manoppello we Włoszech. Pojawił się tam w XVII w. w bliżej nieokreślonych okolicznościach, a według legendy został przekazany przez tajemniczego pielgrzyma. Nie jest to jednak nic więcej, jak dosyć amatorskie tradycyjne malowidło, odmienne od wizerunków negatywowych powstałych wskutek odbicia twarzy.
Wraz z tym, jak ewoluowała legenda o cudownym wizerunku i „Weronice”, której imię wywodzi się od „prawdziwej ikony”, zaczęła być ona uwzględniania w romansach w których główną rolę odgrywał św. Grall (w tym w „L’Estoire dou Graal” Roberta de Boron z przełomu XII i XIII w.)). Równolegle historia Weroniki stawała się częścią mitu związanego z ukrzyżowaniem, wchodząc także do stacji Drogi Krzyżowej.
Weraikony są nie tylko szeroko rozpowszechnione, ale również dość zróżnicowane pod względem wielkości. Podczas gdy wczesne wizerunki ograniczały się jedynie do twarzy, pewien XIII-wieczny autor opisuje jedną z chust przedstawiającą Chrystusa „od piersi w górę”. Od XII w. Mandylion bywa opisywany jako tkanina „nosząca święty wizerunek twarzy Pana i jego całego ciała a także proporcje jego budowy. Do XIII w. możemy spotkać te wątki także w historii Jezusa przekazującego swój portret Abgarowi: „Wiadomo jest z dawnych zapisków, że Pan położył się na lnianej tkaninie, a dzięki niebiańskim siłom jego oblicze, tj. nie tylko twarz, ale i całe ciało, zostały na niej odciśnięte” – pisze Wilson. Choć te późnośredniowieczne wizerunki miały być „odbitkami” żyjącego Jezusa, torują one drogę do pojawienia się Całunu Turyńskiego, który wypłynął w XIV w. i który ma być odbiciem ciała Jezusa złożonego w grobie.
|
W 1907 r., w czasie otwierania srebrnego relikwiarza św. Piotra, który rzekomo miał kryć w sobie chustę Weroniki, wielebny Wilpert ujrzał jedynie kwadratowy kawałek jasnego materiału, nieco pociemniały wskutek działania czasu, na który znajdowały się dwie nieregularne rdzawoczerwone połączone ze sobą plamy. Relikwia ta zaginęła ponoć w czasie zrabowania Rzymu przez wojska Karola V, jednak jeśli tak, to czym była tkanina znaleziona w relikwiarzu?
Joan Carroll Cruz tak pisze na temat tego, co w nim znaleziono: „Weronika przekazała chustę Klemensowi I, trzeciemu następcy św. Piotra. W czasie trzeci wieków prześladowań, relikwia ta skrywana była w katakumbach, a następnie umieszczono ją w kościele wzniesionym na grobie św. Piotra. Świątynia ta stała się później Bazyliką św. Piotra. Obecnie przechowywana jest ona w kaplicy stworzonej w jednym z czterech ogromnych filarów podtrzymujących kopułę bazyliki. [...] Znajduje się tam wielki posąg Weroniki o wysokości 4.8 m. [...] Drzwi znajdujące się u podnóża posągu prowadzą do dwóch korytarzy. Jeden z nich prowadzi do grot watykańskich, gdzie znajdowało się miejsce spoczynku św. Piotra, drugie prowadzą do wnętrza niszy, gdzie przechowywana jest Święta Ikona. Klucze do trzech kłódek schowka znajdują się w rękach kanoników, którym powierzono strzeżenie skarbu. Chusta trzymana jest w relikwiarzu uformowanym na kształt wielkiej ramy.”
Odnośnie jej autentyczności Cruz pisze: „Wcześni autorzy utrzymywali, że nie ma najmniejszych wątpliwości, co do oryginalności chusty”. O. John van Bolland (1596-1665) – jezuita i redaktor „Acta Sanctorum” informuje nas, że ‘jest to potwierdzona opinia wszystkich świętych historyków, a zarazem przedmiot wiary prawdziwych chrześcijan, że relikwia znajdująca się w Rzymie jest tkaniną zaoferowaną Zbawicielowi w czasie jego drogi na Kalwarię’. Mówi nam się także, że św. Brygida, mistyczka i wizjonerka, ganiła każdego kto podważał jej autentyczność. Potwierdzali ją także liczni papieże.
Wydaje się jednak, że mimo braku potwierdzeń i jakichkolwiek dowodów prawdziwości relikwii (oprócz zapewnień wizjonerki), sprawa została postawiona jasno, przynajmniej dla wiernych, którzy nie wymagają zbyt wielu skomplikowanych wyjaśnień.
infra.org.pl
[URL="http://m.onet.pl/_m/7398ae78f7be4f14cd9f684731814107,10,1.jpg"][/URL]
Pożar w sierocińcu to jedno z najgorszych wydarzeń, jakie miały miejsce w Southampton. Do ostatniej chwili wydawało się, że strażacy opanowali sytuację, że wszyscy są bezpieczni. Zaledwie w ciągu kilku dni okazało się, że tłum gapiów nie mógł mylić się bardziej.
Tamtej nocy, 19 lipca 1985 roku w płomieniach zginęła 6-letnia Caroline Smith. Dlaczego ratownicy nie wyciągnęli małej dziewczynki z szalejącego ognia? Jak można było przeoczyć fakt, że ta niewinna istota ginie, pozostawiona na pastwę losu przez nieuważnych wychowawców? Do dziś nie wiemy jak doszło do tej tragedii. Pewne jest jedno. Caroline kilkukrotnie już przypomniała o swoim istnieniu i krzywdzie, pojawiając się na zgliszczach sierocińca, w którym zamieszkała na zawsze…
Tragiczny pożar z 1985 roku był zwieńczeniem dramatycznych wydarzeń, jakie przez lata spotykały wychowanków sierocińca w Southampton. Ich życie nigdy nie wyglądało różowo, zupełnie tak, jakby brak rodziców nie był wystarczającym powodem cierpienia. Mury domu, w którym mieszkały dzieci były szare, smutne i pozbawione ciepła. Był nawet czas, kiedy to miejsce stało się zmorą z legendarnych opowieści. Mówiono nawet, że w tym domu straszy. Zawsze brakowało jedzenia, pieniędzy i miłości. Zaledwie 4 lata przed pożarem zawalił się dach lewego skrzydła. Przyczyną był prawdopodobnie śnieg zalegający od dłuższego czasu na dachu. Na szczęście wtedy nikt nie zginął. Dzieci były na mszy i właśnie to uratowało je od katastrofy. Niestety, 4 lata później nie wszyscy mieli tyle szczęścia. Zanim jednak o tragedii, kilka słów o początkach sierocińca. Nie zawsze bowiem było to miejsce, którym straszono niegrzeczne dzieci. Dom dla sierot w Southampton powstał już na początku XIX wieku.
To Rose i Gustav Sheerwatt postanowili stworzyć miejsce, które zastąpi dzieciom prawdziwe ciepło rodzinnego ogniska. Sami, pomimo wielu starań, nie mogli mieć dzieci, stąd pewnie pomysł, który na długie lata zapełnił pustkę w ich sercach. Początkowo było to miejsce pełne miłości i troski. Niestety, wkrótce Rose zachorowała na gruźlicę i zmarła. Kilka tygodni później mąż podzielił jej los. Sierociniec został zlicytowany i wpadł w ręce miejscowego przedsiębiorcy, który w starszych wychowankach upatrywał taniej siły roboczej dla swojej fabryki. Z czasem los dzieci pogarszał się, a sierociniec zdawał się być obciążony jakąś niezrozumiałą klątwą, która w lipcu 1985 roku na zawsze położyła kres temu miejscu.
Oficjalnie uznano, że przyczyną tragedii była wadliwa instalacja elektryczna, na którą wychowawcy skarżyli się już wcześniej. Ponoć światło gasło w najmniej oczekiwanych momentach, a żarówki przepalały się z ogromną częstotliwością. Ta racjonalna wersja znalazła szeroki posłuch. Warto jednak wspomnieć, że nierzadko też szeptano historie o Rose i Gustavie, których dusze zamieszkały w murach, by nadal być blisko swoich podopiecznych. Ta wersja, choć mniej racjonalna, idealnie pasuje do opowieści o duchach, które rzekomo straszą w Southampton. Świadkowie twierdzą, że wielokrotnie po zmroku widywano zjawy krążące wokół murów sierocińca.
Wróćmy jednak do małej Caroline. Walka z pożarem trwała ponad 3 godziny. Tłum gapiów bacznie przyglądał się, jak strażacy narażając swoje życie sukcesywnie wyciągali wychowanków sierocińca z płomieni. Kiedy uznano, że wszyscy już są na zewnątrz, rozległ się głośny szum oklasków. Wtedy nikt nie zdawał sobie sprawy z ogromnego błędu, jaki popełniono przerywając akcję ratunkową.
Kilka dni później fotograf Michael Bordow przeżył prawdziwy szok. Na zdjęciach wykonanych przez niego pod koniec pożaru wyraźnie widać postać małej dziewczynki stojącej w płomieniach. To duch małej Caroline smutnym wzrokiem spoglądał prosto w obiektyw. Postać dziewczynki pojawiła się tam tylko na chwilę, bo na kolejnych zdjęciach z wywołanego negatywu już jej nie było. Co więcej, okazało się, że na zdjęciach innych fotografów nie znaleziono żadnej postaci, jedynie ogień i zgliszcza. Jak wyjaśnić ten fenomen? Otóż, uważa się, że duchy zmarłych ukazują się osobom dokładnie przez siebie wybranym. Nie wiadomo, czym kierują się w tym specyficznym, bądź co bądź, wyborze. Pewne jest jednak, że nie jest to kwestia przypadku. Zjawy szukają wybrańców i jednym z nich stał się właśnie Michael Bordow.
Co zadziwiające, Caroline nie poprzestała na tym jednym incydencie. Z czasem budynek odbudowano, a historia sierocińca powoli zaczęła znikać z miejscowych opowieści. Aż do 1995 roku, kiedy w tym samym miejscu ponownie wybuchł pożar. Dokładnie w dziesiątą rocznicę tragedii historia pokazała bardzo wyraźnie, że lubi się powtarzać. Największe zdumienie jednak wywołały fotografie Tonny’ego Mooda, wykonane kilka dni po zdarzeniu. Widać na nich wyraźnie postać Caroline, te same smutne oczy i płomienie oplatające jej dziecięce ciało. Był to kolejny dowód na to, że dziewczynka nigdy nie opuściła tego miejsca. Co jednak naprawdę zatrważające, Tonny wykonał swoje zdjęcia kilka dni po pożarze! To miały być fotografie zgliszczy i zniszczeń jako dokumentacja dla firmy ubezpieczeniowej. Jakim cudem znalazły się na nich płomienie? Ta zagadka niestety nigdy nie została rozwikłana. Czy duch małej Caroline znajdzie kolejnego wybrańca?
strefatajemnic.onet.pl
W obwodzie irkuckim leży tajemnicze miejsce zwane Diabelskim Cmentarzem. Miejscowi zauważyli, iż niewielka i niczym niewyróżniająca się polana stanowi szczególne zagrożenie dla zwierząt, których szczątki zalegały na całej jej powierzchni. Nigdy nie pędzili przez nią swej trzody, gdyż wiedzieli, jak tragiczne może mieć to konsekwencje. Wtargnięcie na Diabelski Cmentarz zakończyło się także niewesoło dla ludzi, którzy próbowali odkryć jego tajemnice. Według niektórych, powodem takiego stanu rzeczy jest zalegające pod ziemią ciało, być może fragment bolidu tunguskiego, dla innych wydobywające się spod ziemi gazy, zaś jeszcze dla innych, zemsta strąconego w podziemia demona…
____________________
Wojciech Grzelak
|
Jedenaście lat później Sergiusz Kuliukin, lekarz z wioski Kosoj Byk, usłyszał w niewielkim koczowisku oddalonym o 25 kilometrów od ujścia Kowy opowieść starego myśliwego, który twierdził, że w pobliżu znajduje się „polana śmierci”. Bez powodu padają w jej obrębie zwierzęta: zabłąkane bydło i przelatujące ptaki. Ludzie wywlekają z polany za pomocą długich haków martwe krowy, których mięso ma niespotykanie czerwoną barwę. Myśliwy nigdy nie widział takiego odcienia u innych zwierząt.
Siemion Poliakow, mieszkaniec Karamyszewa wspominał:
– Mój ojciec gnał byka i przypadkowo znalazł się w pobliżu Diabelskiego Cmentarza. Buhaj wybiegł na polanę, przewrócił się i natychmiast spłonął. Bił od niego bardzo silny żar.
Iwan Jermakow z tej samej wsi pamiętał, że w to miejsce przyprowadził go ojciec w 1927 lub 1928 roku.
– Blisko podchodzić nie pozwolił, ale widziałem z daleka, że drzewa wokół były sczerniałe, a polana cała usłana kośćmi i czaszkami zwierząt. Zdaniem ojca coś tu upadło z nieba i nadal znajduje się pod ziemią. Wcześniej była w ziemi dziura, ale zasypały ją gałęzie, piasek naniesiony wiatrem… Zdarzyło się to dziesiątki lat wcześniej.
Miejscowy agronom Włodzimierz Saliagin, który zginął na froncie w 1942 roku, również donosił o jamie na środku polany i próbował bezskutecznie zmierzyć jej głębokość przy użyciu liny z węzłami.
|
|
Jan Briuchanow, zaprowadzony na to miejsce przez doświadczonego myśliwego w 1952 roku, zastał już je mocno zmienione. Straszliwa moc polany wyraźnie osłabła. Briuchanow zanotował: „Karamyszewo od Diabelskiego Cmentarza dzielą niecałe dwie godziny marszu. Wokół rosną gęste krzewy. Polana ma kształt podobny do litery L, jej wapiennej barwy powierzchnię porasta rzadko zadziwiający kolorowy mech. Tuż obok niej płynie jakiś ruczaj, zapewne dopływ potoka Kamkambory…
Nowy etap badań Diabelskiego Cmentarza rozpoczął się niewiele ponad dwadzieścia lat temu. To niewiarygodne, ale w przeciągu jednej dakady zginęły lub przepadły bez wieści aż siedemdziesiąt trzy osoby próbujące ustalić, co właściwie dzieje się w lesie nad Kową. Trzy ekspedycje po prostu nie powróciły z tajgi. U innych poszukiwaczy znikały w tajemniczych okolicznościach mapy, na których zaznaczali oni strefę badań.
Stosunkowo najbardziej pomyślnie zakończyła się wyprawa ufologów z Władywostoku podjęta w 1991 roku. Opowiada jej uczestnik Aleksander Rempel: „W pobliżu skały nad rzeką Deszembą, gdzie stoją pamiątkowe słupy pozostawione przez tych, którzy zamierzali zbadać Diabelski Cmentarz w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, założyliśmy główną bazę. Drugiego dnia zlokalizowaliśmy stary szlak pasterski, gdyż nowy przeniesiono o trzy kilometry na północ, aby ominąć z dala śmiercionośny punkt. Dzień później, po przejściu około siedmiu kilometrów łagodnym stokiem wzgórza, natknęliśmy się słup, a raczej pień drzewa bez gałęzi i korony. Ktoś odarł je z kory i wyrył oblicze szatana. Poniżej znajdowała się strzałka skierowana na prawo. W tym miejscu wskaźnik promieniowania elektromagnetycznego wprost gorzał malinowym blaskiem. Tak jasno nie świecił nigdy nawet pod liniami wysokiego napięcia.
|
Rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Jedna poszła zgodnie z kierunkiem wskazywanym przez strzałkę, druga została na miejscu i jej zadaniem było utrzymywanie łączności. Pod wieczór członkowie pierwszego oddziału poczuli mrowienie i kłucie w całym ciele. Byli także bardzo pobudzeni. O dziesiątej wieczorem zbliżyliśmy się do polany. Otaczały ją czarne szkielety drzew, a w trawie jaśniały białe i pożółkłe kości. Łączność została zerwana, nasze radio milczało. Zmrok szybko zapadał, postanowiliśmy więc rozbić obóz w odległości kilometra od Diabelskiego Cmentarza, a następnego dnia rozpocząć prace badawcze. Nie chcę wspominać tej nocy, ani snów, które mnie wówczas nawiedziły. Rano nikt z naszej szóstki nie powiedział słowa, ale zgodnie zwinęliśmy namioty i ruszyliśmy w drogę powrotną. Na drzewach zostawialiśmy znaki w postaci nacięć i napisów tuszem „1991 W” (litera oznaczała nasze rodzinne miasto). Wzdłuż szlaku umieściliśmy również dziesięć foliowych torebek z zapiskami, trasę zaś skrupulatnie nanieśliśmy na mapę, której kopię wraz ze szczegółowym opisaniem marszruty zostawiliśmy w najbliższej ziemiance. Więcej nikt z nas nie wybrał się na Diabelski Cmentarz, choć snuliśmy takie plany. Los jednak zadecydował inaczej”.
Następnego lata wyprawa z Nabiereżnych Czelnów wyruszyła w kierunku fatalnej polany. Nigdy więcej nie widziano już żadnego z jej uczestników. Od tego czasu poniechano ekspedycji w głąb tajgi nad Kową.
Istnieje wiele hipotez usiłujących wyjaśnić fenomen Diabelskiego Cmentarza. Jedna z częściej przytaczanych głosi, że w tym miejscu upadł odłamek obiektu znanego pod nazwą Meteorytu Tunguskiego. Osobliwa polana leży na trasie jego przelotu, a według niektórych uczonych właśnie w tamtej okolicy przybysz z kosmosu wykonał pierwszy ze swoich zwrotów. Inni badacze poszukują rozwiązania zagadki we wnętrzu Ziemi. Diabelski Cmentarz leży na granicy pokładów węgla kamiennego, a w takich złożach zdarzają się podziemne pożary. Jednak trujące gazy nigdy nie wydostają się na powierzchnię w ściśle określonym punkcie, zatem ich działanie musiano by odczuć także w dalszej okolicy. Ponadto wątpliwe jest, by mogły one występować w stężeniu aż tak silnym, o skutkach piorunujących.
|
Na Syberii jest co najmniej kilka miejsc o równie zagadkowym oddziaływaniu. Najbardziej chyba znane z nich leży na północnym-zachodzie Jakucji w rejonie rzeki Górny Wiluj i nazywane jest Eluju Czerkeczech (Dolina Śmierci). Z kolei nad Wołgą w pobliżu Samary znajduje się zaskakująca anomalia Kir Ugły, słynąca z dziwacznych miraży.
Warto na koniec wspomnieć o pewnej starej legendzie Tunguzów, syberyjskich aborygenów, która bardzo przypomina znaną z kręgu ezoteryki europejskiej opowieść o strąceniu Lucyfera. Kiedy przywódca zbuntowanych aniołów został ostatecznie strącony z nieba do piekieł, napełniając wszechświat swoją tragiczną skargą, z jego korony wypadło kilka drogocennych kamieni. Jeden z nich błyszczy na niebie jako Wenus, nazywana też Lucyferem. Z innego wykonano czarę, do której Józef z Arymatei zebrał krew z boku Ukrzyżowanego (był to Święty Graal, którego kilka wieków później bezskutecznie poszukiwali rycerze Okrągłego Stołu). Tunguski mit opowiada o walce stoczonej w przestworzach przez Ekszeri, władcę tajgi, z szatanem pod postacią węża o imieniu Dżabdar. Tam, gdzie na Ziemię spadły zerwane podczas zmagań łuski gada, do dzisiaj dzieją się rzeczy niezwykłe.
infra.org.pl
8 i 9 marca b.r. kilka mieszkanek Krakowa zaobserwowało na niebie klasyczny „latający spodek”. Ale to nie wszystko. Świadkami równie niezwykłego zjawiska byli mieszkańcy Ropczyc i Dębicy.
____________________
INFRA
UFO nad Krakowem
8 i 9 marca b.r., w godzinach wieczornych, w zachodniej części Krakowa obserwowany był niezidentyfikowany obiekt latający. Jest kilka niezależnych świadków obserwacji pojazdu, który według relacji przypominał metaliczny spodek otoczony od dołu rzędem świateł. Wszystkie obserwacje koncentrują się na obszarze zachodniej części miasta i są powiązane z Portem Lotniczym w Balicach.
Jako pierwsza swą obserwację zgłosiła świadek, która widziała UFO 9 marca ok. 18:40 na osiedlu Bronowice Nowe. Jak się okazało, była ona jedną z czterech kobiet, które na przestrzeni dwóch dni widziały dziwny obiekt w okolicach Krakowa.
Jak wspomina kobieta, po wyjściu z domu, zauważyła ona przelot obiektu, który znacznie różnił się wyglądem od widywanych często nad lotniskiem w Balicach samolotów. Według jej relacji, obiekt miał kształt spodka otoczonego pierścieniem białego światła, który przeleciał nisko nad ziemią, zmierzając w kierunku Balic. Jak się wkrótce okazało, kilka minut wcześniej podobny pojazd przeleciał nad samochodem innej świadek w podkrakowskim Kryspinowie. Według relacji, jako pierwsza UFO zauważyła koleżanka jej córki. Obiekt w kształcie spodka, z rzędem punktowych białych świateł, zawisł nad samochodem, po czym zniknął na północy.
Okazało się jednak, że nie była to jedyna obserwacja UFO, jaka w tym okresie miała miejsce nad Krakowem. 8 marca b.r., ok. godziny 21:30 metaliczny spodek otoczony od spodu rzędem czerwonych świateł widziały dwie kobiety zjeżdżające w kierunku Krakowa z drogi A4. Według ich relacji, obiekt wisiał nad drogą nieruchomo i początkowo miał formę jaskrawego światła. Dopiero, gdy auto znalazło się bezpośrednio pod nim świadkowie dostrzegli jego metaliczną strukturę oraz rząd czerwonych świateł. W tym samym czasie obiekt przesunął się na lewo.
W chwili obecnej trwa tworzenie raportu nt. obserwacji zjawiska NOL nad Krakowem. 8 Baza Lotnictwa Transportowego (zlokalizoana w Balicach) zaprzeczyła, aby we wspomnianych dniach w pobliżu lotniska doszło do jakichkolwiek nadzwyczajnych incydentów. Relacje kobiet, które obserwowały to zdarzenie, wskazują jednak na coś innego i mimo drobnych różnic w opisie, zdają się mówić o bardzo podobnym obiekcie.
infra.org.pl
[URL="http://m.onet.pl/_m/60b6d7470088b3d3aeefc17d5df164ab,10,1.jpg"][/URL]
15 listopada 1969 roku miał być dla Andrew Madisona zwyczajnym dniem. Tajemnicza autostopowiczka sprawiła, że mężczyzna już nigdy nie spojrzał na świat jak dawniej. Co naprawdę wydarzyło się tamtego dnia w Salt Lake City? Jakie wydarzenia przewróciły życie spokojnego pracownika stacji benzynowej do góry nogami?
Mogłoby się wydawać, dzień jak co dzień, a przynajmniej wszystko na to wskazywało. Andrew Madison wstał jak zwykle o świcie, by zdążyć do pracy na poranną zmianę. Na stacji benzynowej pracował krótko, bo zaledwie od dwóch lat. Lubił to zajęcie, tak samo jak spokój, którego na małej stacji nieopodal Salt Lake City nie brakowało. Kolejny dzień pracy powinien zakończyć się tak samo, jak zwykle, lecz spotkanie tajemniczej dziewczyny diametralnie zmieniło ten przewidywalny scenariusz. Andrew Madison wracał z pracy nieco później niż zazwyczaj. Za oknem samochodu panowała szara, niezbyt przyjemna aura. Mimo to mężczyźnie niezmiennie dopisywał humor.
W pewnej chwili w świetle reflektorów Andrew zobaczył młodą dziewczynę. Zatrzymał się, by zapytać czy nie potrzebuje pomocy. Po krótkiej rozmowie zaproponował jej podwiezienie do domu. Wtedy jeszcze nie wiedział, że Marta Huntwood raz na zawsze odmieni jego beztroski sposób patrzenia na świat. Dziewczyna od początku wydawała mu się specyficzna. Od momentu, w którym wsiadła do jego samochodu, wypowiedziała zaledwie kilka lakonicznych zdań. Mężczyzna jednak nie przywiązywał do tego zbytniej wagi. Przecież była zmarznięta i przemoczona strugami deszczu. Nie musiała mieć ochoty na rozmowę. Prawda jednak okazała się nie tyle odmienna, co przerażająca! Kim była tajemnicza autostopowiczka? Kiedy dotarli na miejsce, Andrew Madison wysiadł z samochodu i przekonany, że dziewczyna idzie tuż za nim nacisnął dzwonek u drzwi wskazanego przez nią domu.
Po chwili otworzył mężczyzna w średnim wieku spoglądając na Andrew pytającym wzrokiem. Po kilku sekundach okazało się, że Marta Huntwood owszem, mieszkała kiedyś w tym domu, a drzwi otworzył jej ojciec. Samuel Huntwood mówił dalej, a z każdym kolejnym zdaniem przerażenie Andrew rosło, tym bardziej, że kiedy się odwrócił, okazało się, że nikt za nim nie stoi, a samochód jest pusty! Prawda mroziła krew w żyłach. Marta Huntwood została bestialsko zamordowana ponad 7 lat przed tajemniczym zdarzeniem. Tragedia miała miejsce właśnie w tym miejscu, w którym Andrew dostrzegł autostopowiczkę. W styczniu 1959 roku studentka wracała z przyjęcia noworocznego organizowanego przez jej najlepszą przyjaciółkę. W połowie drogi do domu zaczęła mieć poważne problemy z samochodem. Wtedy pojawił się mężczyzna, który po tamtej nocy przeszedł do historii jako bezduszny oprawca i gwałciciel. Po dziś dzień nie wiadomo, kto przyczynił się do tej straszliwej tragedii. Świadkowie podali, że widziano postawnego mężczyznę z długą brodą, który jechał w tamtym kierunku, ale to zdecydowanie za mało, by policja mogła trafić na trop mordercy.
Zmasakrowane ciało Marty znaleziono kilkadziesiąt mil od miejsca, w którym stał jej samochód. Do dziś świat nie poznał twarzy zabójcy, który z zimną krwią pozbawił życia niewinną kobietę. Andrew Madison nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Wszystko wydawało mu się tak nierealne. To jednak jeszcze nie koniec zaskakujących informacji. Największe zdziwienie wywołała reakcja ojca, który opowiadał mężczyźnie historię z niezrozumiałym wręcz spokojem. Okazało się bowiem, że Andrew nie był pierwszą osobą, która próbowała przywieźć Martę do domu. Zjawisko powtarzało się regularnie od prawie 5 lat! Jak to możliwe? Trzeba przyznać, że próby kontaktu duchów z ludźmi, którzy nadal żyją to wciąż jedna z większych zagadek współczesnej parapsychologii. Specyficzna grupa to właśnie autostopowicze-widma.
Jakim cudem zjawy przybierają postać widzialną dla człowieka? Jedna z hipotez mówi, że duchy zmarłych kumulują ogromne siły energii, by zmienić się w widzialną ludzkim okiem materię. Niestety, kiedy już uda im się przybrać dawną postać, najczęściej zapominają, że nie żyją od dłuższego czasu. Dlatego właśnie próby dotarcia do domu powtarzają się bez końca. Jednak w większości są one nieudane. Zazwyczaj, kiedy cel jest już blisko, ich materialna postać rozpływa się, niwecząc marzenia o powrocie do rodziny. Czasami zdarza się, że autostopowicze z zaświatów zostawiają w samochodach przedmioty, które nigdy nie tracą swojej materialnej postaci. Mowa o szalikach, apaszkach, rękawiczkach i tym podobnych dowodach na ich istnienie.
Do tej pory nie jest jasne, jakim sposobem duchy mogą zgromadzić wystarczająco dużo energii, by ich rzeczy osobiste zmaterializowały się na zawsze. Co więcej, zdarzają się sytuacje odwrotne, kiedy z samochodów coś ginie. Niektórzy świadkowie, a zarazem uczestnicy podobnych zjawisk podają, że przedmioty wracały do nich za sprawą rodziny, która znajdowała je na grobach swoich bliskich. To wszystko wydaje się być fenomenem niemożliwym do wyjaśnienia. Mimo to, tego typu autostopowe historie stają się coraz bardziej powszechne, a ich uczestnicy już na zawsze zmieniają swoje myślenie o istocie przenikania się świata fizycznego i duchowego. Andrew Madison otarł się o tajemnicę zaświatów. A Ty? Ile razy zdarzało Ci się spotkać tajemniczą postać proszącą o podwiezienie do domu?
strefatajemnic.onet.pl
Jeszcze kilka lat temu niezwykle popularny był pewien horror o kasecie video, po obejrzeniu której nieszczęśnikowi zostawało 7 dni życia. Skąd u twórców taki pomysł na film? Zastanawialiście się czasem, co byłoby gdybyście to wy obejrzeli przeklętą kasetę? Nie musicie się zastanawiać – możecie sprawdzić – w sieci krąży przeklęte zdjęcie. Przedstawia ono sprawcę wypadku samochodowego leżącego na szpitalnym łóżku. Pod łóżkiem widzimy białą zjawę – dziewczynę, która zginęła pod kołami pojazdu tego właśnie mężczyzny.
Każdy, kto widział to zdjęcie ma czas do zmroku – wtedy to przyjdzie po niego Kolekcjonerka dusz. Jedynym ratunkiem ma być rozesłanie tego zdjęcia do 5 osób (których dusze tym samym oddajemy Kolekcjonerce).
Jest to typowy łańcuszek, bazujący na popularności horroru „Krąg”. Wcześniej występował w trochę innej formie – jako e-mail, którego nie należy otwierać. Historia ta jest charakterystyczna dla społeczeństwa internetowego. Ale czy jest ona tylko współczesnym wymysłem, czy też jest głębiej zakorzeniona w wierzeniach ludowych?
Protoplastkami Kolekcjonerki dusz są najprawdopodobniej mitologiczne harpie (czyli tzw. Porywaczki). Były to trzy groźne demony – Kelajno, Okypete i Aello. Uosabiały one wiatr, kojarzyły się z burzami i wichurami. Były one wyjątkowo złe, okrutne i brutalne. Wabiły nieszczęśników, porywały ich dusze i torturowały je w Tartarze – na szczęście taki los spotykał tylko złych ludzi. Zobaczyć je można było także nad polami bitew, gdzie zabierały dusze słabych czy rannych żołnierzy. Czasem zabawiały się porywając małe dzieci.
Słowiańskim odpowiednikiem harpii jest Południca (Przypołudnica) – demon, który miał zwyczaj pojawiać się w południe w postaci wiru powietrznego. Porywał on dusze osób stanu wolnego. Rolnicy wierzyli, że hulająca po polach Południca zniszczy im zbiory i przyniesie pecha.
W czasach inkwizycji wyjątkowo popularne były, opisane w dziele „Malleus Maleficarum” („Młot na czarownice”), sukkuby. Przedstawiane były one jako przepiękne kobiety, które kusiły we śnie niewinnych mężczyzn (szczególnie lubowały się w zakonnikach). Opętany przez nie mężczyzna poddawał się ich erotycznemu urokowi. Sukkuby zbierały nasienie uwiedzionych mężczyzn i przekazywały je Inkubom – swoim męskim odpowiednikom, które nasieniem tym zapładniały uwiedzione kobiety. Działania takie miały na celu przejęcie dusz nieszczęśników. Stwory wysysały energię życiową swoich ofiar, a porwane dusze oddawały Szatanowi. Według demonologów przewodziła im pierwsza żona Adama – Lilith. Poniżona przez męża i wściekła na jego nową partnerkę, Ewę poprzysięgła ona zemstę na całym potomstwie wiarołomnego Adama. Jedyną ochroną przed Lilith i jej demonami było noszenie amuletu z imionami trzech aniołów.
Lilith, jako Bogini Burzy występuje także w mitologii sumeryjskiej i babilońskiej. Zawarte tam informacje wskazują, że uwodzi ona mężczyzn podczas snu. Zabija swoje ofiary, a ich opętane dusze porywa.
W mitologii japońskiej spotkać możemy demony o nazwie Tengu. Były to ptaki o ludzkich cechach. Tengu powstają z dusz próżnych buddystów. Nie mogą iść do nieba, ale nie są również na tyle złe, by trafić do piekła. Zwiastują one wojny, są tez opiekunami gór i lasów. Tengu dusze młodych chłopców, kapłanów i ludzi próżnych, dręcząc je okrutnie. Czasem zwracają dusze właścicielom. Jednak człowiek po bliskim spotkaniu z Tengu nigdy już nie jest sobą – takie spotkanie najczęściej kończy się śmiertelną choroba, obłąkaniem bądź utratą zmysłów.
W wierzeniach skandynawskich spotkać możemy postać córki Króla Elfów. Była to piękna kobieta, która szeptami i śpiewem wabiła do lasu nieszczęsne ofiary. Potem porywała ich dusze, zostawiając na ziemi jedynie opuszczone ciała. Legenda ta została wykorzystana przez Johanna Wolfganga von Goethego w balladzie „Król Olch”. Tam córka Króla Elfów zastąpiona została tytułowym Królem, który szeptem zwabił niewinne dziecko, zabrał mu duszę, a zrozpaczonemu ojcu zostawił jedynie zwłoki synka.
W wierzeniach słowiańskich, obok wspomnianych już Południc popularne były także strzygi. Były to demony (później upiory), które żywiły się ludzką krwią. Istnieje również inna wersja – podobno ich strawą były ludzkie dusze. Strzygi powstawały z umarłych, którzy mieli dwie dusze. Jedna z nich umierała, a druga wstawała z grobu, by szukać pożywienia. Ich geneza wywodzi się z czasów wielkich epidemii, kiedy to często zdarzały się przypadki omyłkowego grzebania osób, które wcale nie umarły. Żywcem pogrzebani, kiedy odzyskiwali przytomność czasem wykopywali się z grobów budząc strach i popłoch wśród ewentualnych świadków. Wierzono, że w takim przypadku niezbędny jest drugi pogrzeb takiej osoby. Należało go odpowiednio odprawić – trzeba było odciąć delikwentowi głowę i włożyć ją między nogi. Potem kładziono ciało do góry plecami. Nieodpowiednie pogrzebanie strzygi powodowało, że mogła się ona wygrzebać z grobu, wejść na wieżę kościelną i spowodować w okolicy śmierć wszystkich osób ze swojego rocznika. Jeśli strzyga pochodziła z królewskiego bądź książęcego rodu wystarczającym zabezpieczeniem przed nią była trzydniowa warta przy jej grobie.
Bez wątpienia motyw Kolekcjonerki dusz łączy się ze znanym od wieku strachem przed śmiercią. Przecież sama śmierć nazywana była „kolekcjonerką dusz”. Strach przed nieznanym pobudzał ludzką wyobraźnię i powodował powstawanie nowych mitów i legend o złowieszczych demonach. Ludzkość niewątpliwie ma obecnie dużo większą wiedzę niż dawniej. Jednak ciągle niewyjaśniona pozostaje zagadka śmierci. Stąd właśnie pomysły na krążące w sieci współczesne demony – Kolekcjonerkę dusz pod szpitalnym łóżkiem, czy też pukającą do drzwi w określony sposób La Muerta Blanca.